Hotel Bania


Kto był na Bani wie z jakim rozmachem inwestorskim można się tu zetknąć. Jednak początki ośrodka to puste pole i wiele lat ciężkiej pracy i zaangażowania. Historia rodzinna Dziubasików ukazuje jak na "ściernisku" zbudowano "San Francisco".

Hotel Bania
Hotel Bania
Hotel Bania
Hotel Bania
Hotel Bania
Hotel Bania
Hotel Bania
Hotel Bania
Hotel Bania
Hotel Bania

Historia

Historia

Jak rodzina pobłogosławiona została z dziesięciorgiem dzieci, ile to trzeba było tych ubrań, butów, jedzenia. Na naukę też trochę grosza szło. A z czego? Jak w gazdówce było wszystkiego dwa-trzy hektary w kilkunastu płachetkach, to jak chłop stanął w rozkroku, to o własność trzech gazdów zahaczał...

Taka to była gospodarka. W Białce zamożnych gazdów na palcach się liczyło. A choć myśmy do biednych nie należeli, bo ja w rodzinie jeden byłem, a w gazdówce 4 hektary i to tylko w dwóch kawałkach, a w zagrodzie krowy, owce i koń - to od małego trzeba było się tęgo do roboty przykładać.
Moi rodzice uważali, że na szkoły szkoda czasu. Mój ojciec, Karol mu jest, mawiał, że jak jest zgrabna gazdówka, to jak się będzie pracować to się jakoś wyżyje. Dla niego najświętsza była ziemia, ziemia która rodzi, i stąd się bierze powinność górala by o tę ziemię dbać. Jak chłopak podrośnie to weźmie majętną dziewuchę, gazdówkę powiększy, nie będzie lepszej. Na Podhalu w onych czasach wszyscy, ojcowie tak myśleli i pewnie wielu nadal tak myśli, choć nasza Białka to dziś całkiem inna wieś. Lepsza niż kiedyś? A bo ja wiem...? Giną stare obyczaje, których żal. Choćby taki odpust na świętych Szymona i Judy Tadeusza. Kiedyś to było wielkie wydarzenie we wsi. Po żniwach, też paradnie bywało, z muzyką, z tańcami... Rodziny obowiązkowo się odwiedzały. Tego dzisiaj już nie ma. Odbywa się uroczyste nabożeństwo w kościele i to wszystko. Dziś ludzie są jakby dalej od siebie.

Mnie ciągnęło w świat. Ciekaw byłem, jak gdzie indziej ludzie żyją, bo w naszej Białce, jeden dzień był podobny do drugiego; zmieniały się tylko pory roku. Marzyłem żeby być lotnikiem, albo choć wyrwać się na Śląsk, pójść do kopalni, obojętnie gdzie, byle dalej od Białki. Rodzice pomstowali na te moje pomysły, aż im uległem i zostałem. Wszak byłem jedynym synem, a gazdówka była najważniejsza. Nawet do wojska nie poszedłem, a bardzo chciałem iść, ale dla komisji poborowej byłem jedynym żywicielem rodziny, więc mnie wyreklamowano. Z ojcem nie przestałem się wadzić. Wywalczyłem żeby do technikum mechanicznego pójść i ukończenie tej szkoły otwarło mi oczy na wiele spraw i choć nie było tej wiedzy, czy umiejętności technicznych za wiele, coś zaczęło mi w głowie świtać.

Moja matka Antonina, całe życie była chorowita. Był to gościec postępujący. Często zatem była w szpitalu; każda praca domowa była dla matki za ciężka. Na mnie więc spadło prowadzenie domu, a ojciec zajmował się gazdówką. Miałem może 9-10 lat, kiedy  kopalnia Bolesław Śmiały, która wynajmowała we wsi ze 200 miejsc wczasowych, postawiła u nas w Białce pierwszy wyciąg narciarski. Parę lat później powstał obok tego pierwszego drugi, który prowadzili Białczanie. Jak skończyłem technikum, zacząłem z ojcem walkę o gazdówkę. Ostrożnie, po maluśku, krok po kroku, mówiłem mu, że trzeba inaczej żyć i znaleźć coś co da dochód, bo z roli będziemy biedę klepać. Ojciec ani słuchać nie chciał, a zmieniać cokolwiek ani myślał. Po dziś dzień, choć wyszło na moje i z tego dobrze żyjemy, nigdy nie dał poznać po sobie czy jest ze mnie zadowolony. Pogodził się z tym, co oboje z żoną robimy i tyle. A więc jak się to wszystko poskłada razem, te moje ciągoty ku nowemu, babskie roboty w domu, wyciągi w Białce i to, że kopalnia wynajmowała kwatery, miałem już jakiś plan, no, w każdym razie pomysł. Wsparła mnie żona Janina, której tak wiele mam do zawdzięczenia.
 

Wbrew góralskim prawom, że szuka się żony posażnej - nas połączyła miłość.

To okazało się lepsze od hektarów. Nigdy przed ślubem nie snuliśmy planów - miłość była najważniejsza. Jak żeśmy się pobrali, trzeba było postawić dom. Pomagali nam teść z ojcem, większość prac robiło się samemu, i tak krok po kroku, grosz do grosza, stawiało się góralską "czwórkę" - trzy pokoje i łazienka na jednym poziomie. Pieniędzy brakowało, więc postawiliśmy z żoną tuż obok wyciągu, a on był koło naszego domu, kiosk. Taka mała gastronomia, nawet z piwem i to była wówczas w Białce nowość, więc ten kiosk, lato, zima dawał zarobek. Dzięki temu kioskowi rósł nasz dom i tak to szło przez pewien czas.

W październiku 1981 r. pojechałem do Hamburga na zarobek. Potrzebowaliśmy pieniędzy na dom i żonie chciałem ulżyć, przysłać dzieciom coś dobrego do jedzenia i coś z ubioru, bo u nas w sklepach były pustki. Nawet miałem taki pomysł, żebyśmy wszyscy osiedlili się w Niemczech, albo pojechali do USA, bo tam była połowa rodziny. Żona miała wykupione bilety do Hamburga na 20 stycznia 1982 r. Stan wojenny te zamiary pokrzyżował. To było dla mnie ciężkie przeżycie. Mówiono, że dziesięć lat minie nim zobaczę rodzinę... Szczęściem, pół roku później udało mi się wrócić do domu... Choć wtedy nikt się nie spodziewał, że padnie dawny ustrój i takie nastaną czasy, że jak się dużo pracuje, to da się i nieźle zarobić. Pewnie, że mniej niż na Zachodzie, ale jest człowiek za to u siebie. Tatry to jeszcze nie Alpy i standard u nas nie taki, ale jak się bardzo chce, to i zachodni standard da się z czasem osiągnąć. Tylko czasu i pracy trzeba. Żyjemy wśród swoich, w tej samej Białce, w której urodziliśmy się oboje z żoną, tu się urodziły nasze dzieci.

Często goście mnie pytają, jakaż to wieś ta nasza Białka? Mógłbym opowiadać, że ma z 400 albo więcej lat, że jest na skraju Podhala i Spisza, że ma nieskażony mikro-klimat, i że to oaza spokoju. To jest wieś, o której przyszłości zadecyduje to, jak się kupa mądrych ludzi skrzyknie i nie będzie czekać, aż gruszki na wierzbie wyrosną.
 
Po powrocie z Niemiec zbudowałem mój pierwszy wyciąg. Skonstruowałem go własnym sposobem, bo o kupnie z MOSTOSTALU nie było co marzyć, a u producenta w Bielsku Białej musiałbym czekać z pięć lat albo dłużej. Szczerze mówiąc, to ja mój wyciąg "załatwiałem". Tu linę, tam podpory, gdzie indziej silnik o mocy 11 KW, zezwolenia, dopuszczenia i tak dalej, podpatrywałem, polepszałem, aż to urządzenie o długości 350 m zaczęło "chodzić".

Myśleliśmy jakiś czas temu, żeby utworzyć w Białce stowarzyszenie właścicieli pensjonatów i zająć się pospołu reklamą, prezentacją  walorów naszej miejscowości, budową urządzeń. Na razie idzie to jak po grudzie. Zazdrość i zawiść to nasze największe przywary. Jak się komuś powiedzie, to inni gotowi mu oczy wydrapać. Musielibyśmy wynająć ochraniarzy. A to niemało kosztuje. Gdyby się wszyscy "skrzyknęli" to i koszty byłyby mniejsze.

Prowadziłem wyciąg o długości 1.000 metrów na dzierżawionym terenie. Po 10 latach, kiedy wyciąg zaczął wreszcie przynosić zysk, zmuszony byłem go sprzedać. Nie szło się dogadać z jedną osobą, która miała tam z płachetek ziemi. Był projekt oczyszczalni ścieków w Białce, jednak upadł z powodu niewiedzy ludzkiej. Samorząd miał dobre intencje i plany jednak pogrzebali je mieszkańcy wsi. Zamiast zlokalizować oczyszczalnie w Białce inwestycja poszła w kierunku Bukowiny Tatrzańskiej. Wodociągi we wsi zbudowaliśmy sami, w ramach spółek wodnych. Droga przez wieś wymaga przebudowy, w samorządzie mówią nie ma środków, nic się nie da zrobić. Grosza jest faktycznie nie za dużo, ale trzeba tak nim gospodarować, żeby rozwiązywać te najważniejsze problemy. Może teraz, po wyborach i w ramach powiatu tatrzańskiego, w którym się znajdziemy, nowe władze samorządowe inaczej podejdą do sprawy. Ja myślę sobie tak: te wszystkie kłopoty, zazdrość i zawiść biorą się z tego, że nikt jeszcze nie zdaje sobie sprawy, czym może być taka wspólnota, jakiej miałem okazję przyjrzeć się bliżej we wsiach alpejskich. Jeśli ja mam pensjonat, więc chleb, mleko, mięso, nabiał, wszystko czego potrzebuję muszę kupować. Lepiej przecież u sąsiada, niż na przykład w Nowym Targu czy Zakopanem? Skoro ja mam wyciągi, to ktoś musi prowadzić wypożyczalnię sprzętu narciarskiego i serwis, więc jest zajęcie dla kogoś ze wsi. Ta świadomość dopiero kiełkuje. Szkoda wielka, że nie zdołałem nauczyć się żadnego obcego języka. I gdybym miał taką możliwość na początku mojej życiowej drogi, żeby pogadać z ludźmi w świecie to bym uniknął popełnienia paru błędów. Kładę to do głowy synom, starszemu Pawłowi i młodszemu Piotrkowi. Obaj są przed maturą. Paweł w technikum hotelarskim, Piotr w liceum. I będą się uczyć dalej choć pewnie zaocznie, bo już dziś tworzymy firmę rodzinną. Piotrek wziął na siebie całą technikę, a jeździł ratrakiem ledwo mając 14 lat. Obaj nasi synowie są wielce łapczywi na wszelkie nowości, z tym, że oni nie muszą wyważać żadnych drzwi. Dogadają się bez trudu, jako że obaj uczą się języków obcych i z rodzicem nie muszą się wadzić, jak ja musiałem.


 
Wysłuchał opowieści Józefa Dziubasika 
ANDRZEJ SZYMKIEWICZ

Rozwiń szczegóły
Zwiń szczegóły

Lato na Bani w ofercie First Minute już dostępne! Zarezerwuj wakacje i skorzystaj z promocji.